przezroczysta
Dobrze znam ciszę, która od wieków panuje w zimnym, kamiennym wnętrzu tego kościoła. Co kilka minut przerywają ją stare, ciężkie, na domiar złego drewniane drzwi i ich niesforne skrzypiące zawiasy. Od lat myślałem o ich wymianie, ale to wiązało się z kosztami, na które nie mogłem sobie pozwolić. Długa, mroźna zima pochłonęła już tyle pieniędzy na ogrzewanie, że postanowiłem odłożyć to na później. Z miesiąca na miesiąc skrzypiały jednak coraz bardziej donośnie. Siedząc w konfesjonale podczas wieczornych spowiedzi, nieraz słyszałem porównania do bram piekielnych. Muszę przyznać, że żarty te były nie na miejscu, ale i ja miałem często nieprzejednane wrażenie, że za chwilę wkroczy przez nie sam Szatan z zastępem swoich diabłów.
Cóż więc dziwić się nagle odwracanym głowom, w momencie, gdy główną, pogrążoną w ciemności nawę rozświetliły smugi czerwcowych promieni, znikających równie szybko, jak się pojawiły. Towarzyszył im wspomniany wcześniej, niesiony przez echo huk. Postać, która przewinęła się między rzędem drewnianych ławek, spokojnym krokiem dopłynęła pod sam ołtarz i na jego tle uklęknęła na bladych kolanach. Jej czerwona, zwiewna sukienka przykuła uwagę większości kobiet, które pewnie w obawie o przeciągi wymieniły między sobą wymowne spojrzenia. Dla mnie był to widok na wzór tych, do których w ciągu kilkunastu lat posługi zdążyłem przywyknąć. Co jakiś czas miałem okazję obserwować dziewczęta, które w kwiecie swego wieku na kilka minut przypominają sobie o Bogu. Z kilkoma udało mi się zamienić parę zdań. Każda jednak omijała konfesjonał, bała się spojrzeć mi w oczy lub, co zdarzało się coraz częściej, zbywała banalnymi wymówkami. Dlatego też postanowiłem zignorować ową damę i ponownie zająłem się przygotowaniem niedzielnego kazania.
Kościół z minuty na minutę pustoszał, a kolorowe promienie padające na posadzkę zastąpiło sztuczne, białe światło pochodzące z lampionów zawieszonych u sklepienia. Chłód stał się bardziej przenikliwy niż za dnia, a cały budynek ogarnęła ponura cisza. Moja praca na ten dzień wydawała się być skończoną. Pozostało mi jedynie ułożenie ksiąg i umieszczenie dopiero co skończonego kazania na ambonie. To właśnie schodząc po spróchniałych schodach, dostrzegłem przez balustradę tę samą postać siedzącą w jednej z ostatnich ławek. Poczułem złość, jaką może odczuwać ekspedient, czekający aż ostatni klient wyjdzie i pozwoli zamknąć mu sklep. Skarciłem się w myślach za takie porównanie i targany wyrzutem sumienia podszedłem do dziewczyny. Gdy stanąłem przed nią, ostrożnie uniosła głowę i przebiegła wzrokiem po mojej twarzy. Prawdę mówiąc już wtedy zacząłem zastanawiać się nad ilością przeżytych przez nią lat. Drobna postura mogła sprawiać mylne wrażenie dużo młodszego wieku, ale w jej spojrzeniu dostrzegłem coś, co upewniło mnie, że nie może mieć mniej niż siedemnastu lat. W momencie gdy postanowiłem zapytać, czy wszystko jest w porządku, ona otworzyła usta i ku mojemu zdziwieniu powiedziała wprost:
- Niech ksiądz nie każe mi stąd wychodzić.
Zaskoczony rozejrzałem się za echem wypowiedzianych przez nią słów i wróciłem do wnikliwego oceniania sytuacji. Patrzyła na mnie jednak nie tyle błagalnym, co pytającym wzrokiem. To spowodowało, że odezwała się we mnie bardziej człowiecza natura. Usiadłem zatem obok i splatając palce powiedziałem nad wyraz spokojnym głosem:
- Nie mam prawa wyprosić Cię z kościoła. To Dom Boży. Nie mój.
Odniosłem wrażenie, że na te słowa spokorniała. Pochyliła głowę i burza rudych, z pewnością farbowanych włosów, zakryła jej twarz. Mijały coraz to dłuższe chwile, za którymi nie kryło się nic poza czekaniem na jakiekolwiek wyjaśnienia z jej strony. Teraz myślę, że mogłem wycofać się zupełnie niezauważalnie i żyć dalej, jednocześnie będąc dumnym z niewplątywania się w czyjekolwiek życie. Pewnie bym i tak zrobił, gdyby…
No właśnie. Gdyby nie te piekielne drzwi. Ich upiorny dźwięk obudził z letargu ową pannicę, która przecierając zamglone oczy najprościej w świecie zapytała:
- Dlaczego ksiądz nie zrobi nic z tymi drzwiami?
Poczułem się jak młody kleryk oskarżany o najbardziej hańbiące przewinienie, a przecież brak funduszy nie wynikał z mojej winy.
-Nie mam na to pieniędzy. – Odparłem siląc się na jak najbardziej uprzejmą odpowiedź.- Odkąd pamiętam skrzypiały i skrzypieć zapewne będą, dopóki parafia nie zdobędzie tych kilku tysięcy albo co gorsza do czasu, aż ktoś nękany przeraźliwym skowytem nie dostanie w tych murach zawału.
- Takie drzwi są najlepszym świadectwem tego, co ten kościół przeżył. Są pozostałością po obecności ludzi, którzy pokładali w tych murach całą swoją nadzieję. Na te skrzypiące szczątki składa się historia księdza i teraz chyba i moja.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Zamilkłem najwidoczniej , zastanawiając się nad moją historią, o której istnieniu do tej pory nie zdawałem sobie sprawy. Tkwię zamknięty w kamiennych ścianach i w drewnianej konstrukcji konfesjonału. Chowając się w przydługiej sutannie, zapomniałem, że i ja jestem człowiekiem. Człowiekiem, który również idzie po swojej ścieżce, zapisuje na ziemi swoje kroki- historię swojego istnienia. To zamyślenie musiało zaintrygować moją rozmówczynię, bo po pewnym czasie zauważyłem, że przygląda mi się ze zdwojonym zainteresowaniem. By przemóc jej wbite we mnie spojrzenie, zadałem pytanie, które w znacznym stopniu odmieniło moje monotonne życie.
- Jaka historia kryje się za tak młodą osobą? Co Cię… Wybacz, nie jestem pewien, czy poznałem Twoje imię…
-Magda.
-Zatem Magdo, jaką historię siebie samej wniosłaś w moje mury?- powiedziałem, nie mogąc ukryć uśmiechu, który przemknął przez moją twarz. Musiała to zauważyć, bo odsunęła się niepewnie kilka centymetrów i z dystansu, patrząc mi głęboko w oczy, rzuciła:
- Wystarczy na mnie spojrzeć, by wiedzieć, że jestem za młoda na życiowe historie, prawda?
-Nie to miałem na myśli…
-Muszę księdza rozczarować- powiedziała przeciągając każdy wypowiadany przez siebie wyraz- wiem o swoim życiu wystarczająco, by móc nazywać go historią. Zazwyczaj uważam co i do kogo mówię. Pilnuję, by nikt nie dowiedział się, co tak naprawdę miało miejsce w przeciągu tych kilku lat kształtujących moją osobowość. Nawet kosztem tego, że ludzie oceniają mnie na podstawie zrobionego przeze mnie wrażenia. Snują tylko domysły, oskarżają, wystawiają opinie. Jestem pewna, że figuruję w ich kartotekach jako „głupia, zakochana, niewiedząca nic… tylko nastolatka”.
- Co najwyżej zauroczona… - powiedziałem, zanim zorientowałem się, co czynię. Tak wtedy myślałem. Co mogło wiedzieć o miłości takie chuchro?
-Tylko ślepa miłość mogła sprawić, że człowiek, którego pokochałam wypił ze mnie całą wodę życia. Dźwigałam go na moich słabych ramionach. Doszczętnie wyczerpałam przy tym samą siebie. Moja kilkakrotnie spoliczkowana przez niego twarz… - tu się zatrzymała. Wzięła kilka głębszych oddechów i rozplotła nieludzko zaplecione palce obu dłoni. –Ksiądz może myśleć, że próbuję w tym momencie wzbudzić litość, albo co gorsza nie wiem, o czym mówię. Być może wygląda to tak, jakbym szukała zainteresowania moją osobą. Ten człowiek zamknął mnie w ciasnej klatce swoich wymagań. Kazał układać mi swoje życie klocek, po klocku. Wyszarpałam z siebie resztę własnych marzeń, zaczęłam obumierać, spalać się z wolna, jak kawałek spróchniałego drewna. Na jego oczach moje serce przeobraziło się w ledwie tlący się kawałek żarzącego się resztką sił węgla.
Patrzyłem w ołtarz jak zahipnotyzowany, zdając sobie sprawę, że to historia, jakich wiele.
-Chyba nawet źle porównałam te drzwi. Teraz, gdy o tym myślę… To raczej człowiek właśnie jest takimi drzwiami. Przepuszcza między skrajnymi futrynami tylu ludzi. Jedni zamykają je z największą uwagą, by nie obciążać zawiasów. Są jednak i tacy, którzy trzaskając i naruszając ich strukturę, skazują je na taką właśnie reakcję. On, postępując w ten sposób, sprawił, że poczułam w sobie konieczność krzyczenia. Obudził się we mnie krzyk rozpaczy. Jakiś wewnętrzny, żarzący się, poszarpany głos. Z czasem cichł, uspokajał się i doprowadził mnie aż tu. W to miejsce, gdzie huk drzwi go zwyczajnie zagłuszył.
Mimowolnie odwróciłem się, by spojrzeć na wspomniany właśnie kawał drewna, okuty w zdobione wiele lat temu żelastwo.
- Może faktycznie powinienem je chociażby naoliwić, co o tym sądzisz?
-Szczerze? Myślę, że każdemu potrzebny jest taki głos. Jest prawdą o nas samych i może zamiast go zagłuszać powinniśmy go…
-pokochać?
-Dokładnie. Zagłuszanie w niczym nie pomoże, Jednak, gdy postawimy go na równi z doświadczeniami i czynnikami, które sprawiają, że jesteśmy tacy, a nie inni… Jesteśmy w stanie go pokochać.
-Sugerujesz, że miałbym pokochać to cholerstwo? – wskazałem na drzwi, a chwilę potem ugryzłem się w język.
Wiktoria zaśmiała się i w następstwie tego powiedziała zabarwionym uśmiechem głosem:
-Myślę, że jest ksiądz na dobrej drodze. Chyba oboje jesteśmy. Tego dnia ogień zatlił się na nowo – powiedziała wstając z ławki-nie jestem pewna tylko, w czyim sercu.
-Nie pozwól go ugasić….
-Nie zgaśnie. Po to tu jestem. Szukam iskry, która pozwoli go ogrzać. Jest przecież częścią mnie. Nieważne jest dla mnie, co powiedzą ludzie. Nie dam go zamrozić i ukształtować. Jest mój. Mój własny ogień…
- W takich przeciągach niekoniecznie się to uda – powiedziałem z uśmiechem.
Widziałem, że dopiero teraz zorientowała się, co robi, z kim i gdzie jest. Dopiero teraz musiał dopaść ją chłód, bo na ramionach pojawiła się gęsia skórka. Potarła skórę drobnymi dłońmi i zwróciła się w moim kierunku.
Wygładziła czerwony materiał i bez słowa ruszyła w stronę wyjścia. Przy samych drzwiach odwróciła się i szepnęła:
- Spokojnego życia…
-Dobrej nocy Magdo.
Zniknęła. Pociągnęła za zimną klamkę, uchyliła drzwi i wyszła. W niczym nieprzerwanej ciszy. Bez przeraźliwego skrzypienia, bez huku opadającego żelastwa. Tak, jakby wyfrunęła trzymając w dłoniach swój skarb, swój własny ogień. Bezszelestnie.
Myślę, że każdy element jego podłego życia mógł w tym momencie posypać się jak ostatnia potłuczona przez nią szklanka. Nie potrafił powstrzymać szklanego deszczu, a na pewno nie jej złości. Przez przesadną bliskość był stanowczo za daleko, by móc odpowiednio reagować. Pozwolił jej wybiec, ponieważ doskonale wiedział, że wróci. Ona natomiast wybiegła, bo zawsze pozwalał jej wracać. Dając sobie czas, napawali się trzaskiem drzwi i odgłosem stukających obcasów, które dało się słyszeć, kiedy zbiegała po zniszczonych schodach kamienicy. Oboje wiedzieli, że wszystko będzie jak dawniej, ale jeszcze nie dziś. Jutrzejsza przyszłość jest łatwiejsza. Czas ponoć ciągle działał na ich korzyść, dlatego mogli pozwolić sobie na odkładanie miłości i zaufania na później.
10 minut. Tyle zajęło jej dotarcie do własnego mieszkania, odwieszenie kluczy i podjęcie decyzji, że dziś nie zadzwoni. Nie podniesie nawet słuchawki, gdy natarczywy dźwięk przypomni jej o jego istnieniu. Beznamiętnie jak teatralna marionetka zasłoniła oczy oknu i zapadła się w miękkim fotelu. Powroty do własnego, cichego mieszkania są zakwestionowanym szczęściem, które wlecze za sobą tony niepowołanych pytań sąsiadów, którzy mogli nie widzieć jej nieraz przez kilka tygodni. Do czasu, aż nie zaczęła wracać coraz częściej. Zamknęła oczy. Zmysły nie mogły kłamać. Była tam. Siedziała wśród własnych, a tak obcych mebli. Otaczał ją zapach cynamonowych świeczek, które od dłuższego czasu stały nietknięte na drewnianym stole. To wszystko tworzyło świat, w który uciekała przed problemami. Cały ból tkwił w tym, że mimo iż udało jej się uciec od niego , ciągle pozostawało w niej uczucie, że jest bliżej niż mogła się domyślać.
W jej rękach rozpływał się cały jego świat. Zamknięty między chudymi palcami i traktowany jak dziecięca zabawka.
Ich wspólne życie- o ile można je takim nazwać- składało się z kilku poszarpanych chwil. Zwieńczane były niejasnym i wrogim spojrzeniem, którym żegnał wszystko, co w tak krótkim czasie budowali. Huk zamykanych drzwi zaprzepaszczał nawet ruiny jakiegokolwiek uczucia, które rodząc się musiało co chwila umierać. Tylko duma kazała tkwić jej w tym miejscu. Duma i obojętny wyraz jego twarzy, gdy kolejny raz mówiła, że to wszystko jest tylko chorą pomyłką. A przecież wcale tak nie myślała. Chciała, by zamknął ją w ramionach i powiedział, że wszystko jeszcze się zmieni, że dotrze, że będzie lepiej.
Chciała tylko, by ją kochał…
Kochał. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości, a to, że stał i nigdy za nią nie pobiegł, było tylko zabiegiem strachu i złości, która ogarniała go za każdym razem. Jak sparaliżowany patrzył, gdy w nieludzkim pośpiechu kolejny raz wybiegła z jego mieszkania. Wszystko, co tworzyło istotę ich bliskości, było dla niego niezrozumiałe. Wiedział przecież, że czuje się przy nim bezpiecznie, bo przecież wracała. Musiała kochać, niewątpliwie…
Kochała. Jednak, czy to wystarczało? Czy miłość osłabiana toksynami całego świata mogła udźwignąć i przytrzymać dwoje ludzi? Wiedziała przecież jak chce, by wyglądało jej życie. Nigdy jednak nie potrafiła wyobrazić sobie przyszłości z nim u boku. Jeszcze nie teraz.
On jej to dobitnie uniemożliwiał. Bał się, że dzięki temu może ją mieć na tyle blisko, by za szybko ją stracić. Pamiętał, jak mówiła, że nie lubi kwiatów, bo kojarzą jej się ze śmiercią. Więdną po zerwaniu w mgnieniu kilku dni, tylko dlatego, że ktoś chciał je za bardzo. Wszystko, co mówiła już wtedy upewniało go, że nie chce, by zwiędła. Jednak to, że nie potrafił ocalić jej od zwykłego przemijania spędzało mu sen z powiek. Był pewien, że za jakiś czas znajdzie wyjście, by mogła kwitnąć przy nim bardzo długi czas. Chciał ją mieć przy sobie i nie patrzeć jak odchodzi tym udanym krokiem pełnym pewności. Jeszcze nie teraz.
Ta krótka, ostatnia w ICH życiu noc przyniosła ofiarę.
Nie umarła jednak ani ona, ani on. Nie umarli też razem.
Z echem zatrzaskiwanych drzwi ze schodów spadła ich miłość i poturlała się w częściach pod dwoje tak bliskich sobie bram. Tej nocy umarła ICH miłość.
Nieważne jest to, jak mieli na imię. Imiona mieli z pewnością, tak jak i twarze, które odbijały się kolejnymi latami w zaparowanych lustrach. Tylko serca odłożyli sobie na później.
